|
|||
|
sobota – 2030 / 2029
|
|
Między Bogiem a mamoną, czyli... Ostatnie ostrzeżenie
Marek Błaszkowski/Znaki Czasu – 3/2009, fot. istockphoto/Rob Friedman Od początku roku ulicami Londynu kursuje 60 autobusów oplakatowanych tekstem: „Boga prawdopodobnie nie ma. Ciesz się życiem”. Co łączy kuriozalny pomysł współczesnych ateistów, żeby brak Boga zrównać z radością, ze światowym kryzysem gospodarczym?
JAK WYPAROWAŁY PIENIĄDZE ŚWIATA? Jeśli jeszcze rok temu świat był tak bogaty, to gdzie się podziały te pieniądze? Czy mogły po prostu zniknąć? Aby wytłumaczyć, na czym polega wyparowanie pieniędzy, najczęściej używa się klasycznego przykładu spekulacji cebulkami tulipanów, jaka opanowała XVII-wieczną Holandię. Ceny tej roślinki nieprzerwanie rosły, osiągając w pewnym momencie równowartość luksusowej karety z szóstką rasowych koni. Mimo to opanowani chciwością ludzie wciąż pompowali ceny. Kto kupił, ten zarabiał. Aż przyszedł dzień, gdy ktoś – jak w bajce Andersena – odważył się krzyknąć: przecież to jest tylko cebulka tulipana! Potem nastąpiło to, co zwykle na krachu: samobójstwa spekulantów, bankructwa banków, które pożyczały pieniądze spekulantom, samobójstwa klientów banków itd. Okazało się, że majątek narodowy Holandii nie jest równy cenom tulipanów ze szczytu hossy. Perturbacje gospodarcze wywołane obłąkańczą chciwością Holendrów były na tyle silne, że odsunęły Holandię na bok gospodarki światowej, z czego mogły skorzystać Anglia i Francja. Swojej pozycji gospodarczej Holandia nie odzyskała już nigdy. Obecny krach jest dużo poważniejszy, gdyż nie dotyczy tylko jednego kraju czy jednego produktu. Przez ponad 20 lat obłąkana chciwość pompowała w górę ceny akcji, nieruchomości, surowców. Sukienka, której wyprodukowanie kosztowało parę centów czy dolarów, sprzedawała się w sklepie za kilka, kilkanaście tysięcy dolarów, jeśli miała odpowiednią metkę. Ludzie, głównie Amerykanie, nieustająco przeszacowywali w górę ceny swoich domów, brali nowe kredyty i wydawali je na luksusową konsumpcję. A ceny rosły i rosły. Menadżerowie wypłacali sobie pensje i premie idące w setki milionów dolarów rocznie. Aż nagle okazało się, że dom to tylko dom, sukienka to tylko sukienka, cebulka tulipana to tylko cebulka tulipana. Menadżerowie, którzy nigdy nie umieli zarządzać swoimi firmami, a jedynie śledzić rosnące wykresy, zwrócili się do rządów Stanów Zjednoczonych i Unii Europejskiej po pieniądze. Ich zdaniem jakieś półtora biliona dolarów pozwoliłoby chwilowo opanować sytuację. Ostatecznie mogą wyrzucić na bruk miliony ludzi i pojechać na rajskie wyspy. Nie wiadomo, ile jest teraz warta gospodarka światowa. Trudno policzyć. To już nie cebulki tulipanów. To skomplikowany system międzynarodowych powiązań, w którym bankrutujący nieudacznicy będą ciągnęli za sobą firmy uczciwe, a wszyscy razem będą zwalniać ludzi. Praca stanie się najbardziej pożądanym dobrem. Do początku lat 80. ub. wieku ceny rosły mniej więcej w tym samym tempie, w jakim wzrastał produkt globalny brutto. Ale dwadzieścia kilka lat temu ludzie oszaleli z chciwości, ceny zaczęły szybować w górę. Skazano własnych wnuków na odpracowywanie długów, płacenie za chciwość i dążenie do luksusowego życia. Jeśli istotnie miałoby się okazać, że cebulka tulipana jest tylko cebulką tulipana, to nie zobaczyliśmy jeszcze nawet połowy spadków cen, jakie nas czekają. Bowiem w ostatnich dwudziestu kilku latach tempo wzrostu cen kilkunastokrotnie przekroczyło tempo wzrostu produktu światowego brutto! I to, niestety, z uwzględnieniem inflacji. A to oznacza, że spadek cen o połowę niewiele nas przybliża do urealnienia wartości rzeczy. TRZY TAJEMNICE ŚWIATA KRACHU Jak rozwijał się świat niepohamowanej chciwości? Trzytorowo. Kiedyś ludzie cenili sobie pracę, uczciwość i porządnie wykonane produkty, które miały służyć zaspakajaniu ich potrzeb. Mówiono o etosie pracy czy nawet – jak Max Weber – o protestanckim etosie pracy. Otóż aby można było stworzyć świat niepohamowanej chciwości, etos pracy musiał zostać zniszczony. Firmy przestały reklamować konkretne produkty, a zaczęły reklamować same siebie (marki, brandy). Pracownicy firm nie byli już pracownikami w dosłownym znaczeniu tego słowa. Stali się politykami kierującymi na całym świecie sprzedażą i tzw. kreacją brandu. Pracę w jej dawnym weberowskim czy chrześcijańskim rozumieniu wykonywali już tylko wyzyskiwani do granic śmierci głodowej obywatele Trzeciego Świata: dzieci chińskie, Bengalczycy, Afrykańczycy i inni, którzy nie mieli szczęścia urodzić się w USA. Ponieważ praca stała się najbardziej pogardzanym i najtańszym składnikiem tej układanki, okazało się, że większość tego, co się dzieje wewnątrz firm, to po prostu polityka. Nikomu już nie był potrzebny dobry menadżer z pomysłami czy dobry pracownik. Na wyższe szczeble wspinali się nie ci, którzy więcej umieli, lecz ci, którzy się lepiej urodzili lub posługiwali się łokciami. Ponieważ tak naprawdę każda mała firma byłaby w stanie wyprodukować towary i tańsze, i lepsze od tzw. markowych, wielkim korporacjom nie pozostawało nic innego, jak tylko jeszcze bardziej rosnąć, zagłuszać konkurencję polityką reklamową, różnymi eventami. Korporacje stały się już tak ogromne, że przerosły wiele państw. Etos pracy w korporacjach przestał istnieć, zastąpił go tzw. etos korporacyjny, czyli zachowywanie się dokładnie tak ja wszyscy, a po kryjomu bezwzględna walka o stołki. Jeśli jeszcze ktoś w korporacjach uczciwie pracował, to głodujące dzieci w Bangladeszu, wynagradzane po pół centa za sztukę jakiegoś markowego gadżetu. Obok niszczenia szacunku do pracy zaczęto niszczyć wolność gospodarczą. Wielkie korporacje wypełnione rozpolitykowanymi karierowiczami wiedziały, że ich produkty czy usługi zawsze będą droższe i gorsze od takich samych produktów czy usług firm małych, ale rzetelnych, zajętych klientami, a nie sobą, niepompujących miliardów w absurdalne kampanie reklamowe, pensje i fundusze reprezentacyjne dla pseudomenadżerów. Wielkie korporacje zrozumiały to pewnego historycznego dnia zwanego piątkiem Marlboro, gdy stanęły przed wyborem: podjąć normalną gospodarczą grę czy stać się rakiem, chorobą świata. Wybrały to drugie. Nakłady na kreację metek zaczęły od tego czasu rosnąć w tempie hiperboli. Małe firmy, które zaczęły się nieśmiało rozwijać, zginęły pod zwałami korporacyjnego raka. Wtedy zapadła de facto decyzja, że kiedyś rak powali żywiciela. I powalił – w 2008 roku. Co ciekawe, korporacje, które zrujnowały gospodarkę, nadal wyciągają ręce po pieniądze podatników. Chcą dostać coś za nic. Byle trwać. Wyrzucony z pracy w ramach redukcji uczciwy Kowalski nie dostanie ani centa – przecież nie przyjaźni się z Obamą czy Paulsenem. Kuracja polegająca na dofinansowywaniu tych, którzy już udowodnili, że pieniądze umieją wyłącznie trwonić, jest światowym skandalem. Tylko kto ma protestować? Korporacyjne gazety? Korporacyjne telewizje? Przekupieni przez korporacje politycy? Ostatnim elementem koniecznym do stworzenia świata chciwości i krachu było zniszczenie systemu wartości. Normalne firmy były dla niewydolnych korporacyjnych molochów śmiertelnym zagrożeniem. Dlatego trzeba było grę wznieść na taki poziom, którego nikt z zewnątrz nie udźwignie. To tak jakby komuś powiedzieć: gramy w pokera – minimalna stawka to milion, wiedząc, że ten człowiek ma w kieszeni tylko sto złotych. Gra dużo lepiej, dlatego stawka musi go zniszczyć, zanim zdąży zagrać. Do takiego przewartościowania doszło w sojuszu świata biznesu, sportu i rozrywki. Kopacze piłki, koszykarze czy aktorzy, może i zdolni, ale w końcu zbyt licznie się pojawiający, aby ich porównywać np. z Leonardem da Vinci, zaczęli otrzymywać gaże, na jakie genialny Włoch nie zapracowałby przez tysiące lat. Jeden wsad do kosza kosztował miliony, wreszcie setki milionów dolarów. Ludziom zdolnym, ale w końcu nie tak zdolnym jak Szekspir, płacono honoraria równe rocznym budżetom wielu afrykańskich państw. Dlaczego? Właśnie po to, aby ochronić metki przed zakusami mniejszych firm. Otoczone kultem gwiazdy reklamowały metki, metki reklamowały gwiazdy. Choćby i najlepszy produkt, najzdolniejszy pracownik nie miał szans z tym sojuszem walącym z siłą reklamowego młota w ludzkie głowy. Czy wreszcie teraz do ludzi dotrze, że cebulka tulipana jest tylko cebulką tulipana? Bo jeśli nie, to szykujmy się na długą i ciężką chorobę. CZY BIBLIA ZWIERA DOKTRYNE GOSPODARCZĄ? Nie znajdziemy nigdzie w Biblii potępienia bogactwa, ale nie znajdziemy też jego pochwały. Bóg nie nakazuje się bogacić, ale wskazuje alternatywę: jeśli będziemy postępować zgodnie z Jego zaleceniami, to będziemy jedli swój chleb do syta i będziemy bezpiecznie mieszkać w swojej ziemi1. Jeśli zaś nie będziemy postępować zgodnie z Bożymi nakazami to daremnie będziemy siać swoje ziarno2. Obłąkańcze dążenie do bogactwa zawsze kończy się trwogą, wycieńczeniem, gorączką3. Czyż nie tak można określić stan współczesnego świata? Bóg nakazuje nam zarządzać ziemią, własnym mieniem, a więc nakazuje nam prowadzić biznes. Jaka zatem jest Boża etyka biznesowa? Przede wszystkim winniśmy pamiętać, że nic nie jest nasze, że zarządzamy powierzonym majątkiem i ze wszystkiego będziemy musieli zdać sprawę. A oto jakich głównych zasad mamy się trzymać, sprawując to szafarstwo. 1. Sabat i rok sabatowy. O nakazie święcenia sabatu (soboty) wie każdy, kto czytał Biblię4. Warto jednak pamiętać, że jest to również filar działalności gospodarczej. Sześć dni poświęca się na pracę, a siódmy dzień, choćby miały przepaść najkorzystniejsze interesy, jest wyłącznie do dyspozycji Boga i rodziny. Ta konieczność zatrzymania się w pędzie siódmego dnia, konieczność dokonania refleksji nad rolą Boga jako Stwórcy świata, nad swoją rolą jako szafarza Jego dóbr, pomaga „ostygnąć”, spojrzeć na sprawy z właściwej perspektywy, dostrzec, co jest naprawdę ważne, a co się tylko takie wydaje. Właściwe święcenie sabatu to fundament biblijnej etyki biznesowej. Mało jednak ludzi pamięta, że Bóg nakazuje odpoczywać nie tylko siódmego dnia, ale także co siódmy rok5. To wręcz wyzwanie rzucone prosto w twarz opętanemu chciwością światu. Świat naokoło się bogaci, a tymczasem Bóg nakazuje, aby raz na siedem lat nie obsiewać ziemi i nie zbierać plonów! By – mówiąc językiem ekonomistów – nie dopuścić do przegrzania koniunktury. Mamy spożywać plony zebrane w latach poprzednich, nie martwić się utraconymi zyskami. To strata pozorna. A z tego, co sama urodzi ziemia, niech się pożywiają biedni, przychodnie (mówiąc współczesnym językiem – imigranci). Jaka szkoda, że pan Alan Greenspan nie słyszał o roku sabatowym! 2. Solidarność społeczna. Dostatek ma być efektem przestrzegania praw, ale co z biedą? Do niej Bóg ma bardzo emocjonalny stosunek. Nakazuje nieustannie walczyć z biedą, aż do jej wyplenienia. Niestety, to zdaje się być pewną utopią. Zarówno w Pięcioksięgu, jak i z ust samego Jezusa padają smutne słowa: „ubogich zawsze u siebie mieć będziecie”6. Tym żarliwiej występuje Bóg w ich obronie. Na Jego pomoc mogą liczyć sieroty, wdowy, najemni pracownicy, imigranci, niewolnicy, zadłużeni biedacy. Bóg zakazuje w Biblii uciskania imigrantów7, mówi o nienachodzeniu dłużników w domach8, niepobieraniu w zastaw tego, co dłużnikom jest niezbędne do godnego życia9, również lichwiarskich odsetek10, umarzaniu pożyczek udzielonych tym, którzy znaleźli się w trudnej sytuacji ekonomicznej, mają problemy z powodu choroby czy rodzinnych nieszczęść11, niezatrzymywaniu zapłaty pracowników najemnych12, roztaczaniu opieki nad tymi, którzy utracili naturalną opiekę ze strony rodzin13, święceniu sabatu łącznie ze służbą i najemnikami, bo nikt nie może być wyłączony z dobrodziejstw tego dnia14, ustanawianiu co jakiś czas roku ogólnego umorzenia długów15, obowiązku ludzkiego traktowania niewolników i służby16, obdarowywaniu ludzi wolnością po odpracowaniu przez nich określonego czasu17. Na pierwszy rzut oka te zasady mogą budzić opór kapitalisty. Jak w ogóle jest możliwe gospodarowanie bez wyzysku, lichwy, przy uczciwym i terminowym rozliczaniu się? Dla Boga biedni są solą ziemi. Stanowią większość. Standard ich życia to standard życia ogółu ludzi. Żadnej nędzy i upodlenia nie da się uśrednić jednostkowym bogactwem i przepychem. Szkoda, że tej biblijnej prawdy nie znali szefowie korporacji płacący miliony za kopnięcie piłki i marne centy za ciężką pracę dzieci Trzeciego Świata. Tak budowana potęga musi kiedyś runąć. Jej istnienie jest obrazą dla Boga i Jego stworzenia. 3. Rok jubileuszowy. Co pięćdziesiąt lat należy ogłosić święto dla wszystkich mieszkańców ziemi. Każdy powinien wrócić do swojej własności i rodziny18. Ten najbardziej radykalny przepis jest jednocześnie najbardziej humanitarny. Gdyby stosowano go dzisiaj, nie rozwinęłyby się nowotwory korporacji. Wszystko, co „okazyjnie” kupione, wszystko, co wymuszone przewagą ekonomiczną, terrorem pieniądza, i tak w końcu powracałoby do prawowitego właściciela. Obłęd niepohamowanej chciwości nie mógłby się rozwinąć, gdyż naturalną tamą dla nieskończonego bogacenia się byłby właśnie rok jubileuszowy. Bogacze prędzej byliby skłonni do refleksji, czy nie warto zaprzestać pożerania innych, skoro i tak rok jubileuszowy przekreśli ich triumfy. Humanitarna jest też nadzieja, że gdziekolwiek by zły los nie rzucił człowieka, w roku jubileuszowym powróci do swoich. Ludzie zgotowali sobie krach finansowy, całkowicie lekceważąc zasady Bożego prawa. Wierzący, studiujący Biblię już od dawna ostrzegali, że lekceważenie Boga doprowadzi do katastrofy. Ale czy tylko oni? Nie. Z uporem Kasandry krach przepowiadał polski analityk giełdowy Piotr Kuczyński. O zagrożeniu, jakie stanowią dla świata korporacje, od wielu lat pisze Naomi Klein19. Na to, że życie na krechę doprowadzi do katastrofy, już ponad dziesięć lat temu zwrócili uwagę amerykańscy analitycy Pretcher i Frost20. Co będzie dalej? To wie tylko Bóg. Jedno
jest pewne: ludzkość otrzymała bardzo poważne ostrzeżenie przed
kontynuowaniem kultu mamony i chciwości. Następnego może już
nie być.
1. Kpł 26,5.
|
|
|
Copyright © 1997-2010
Kościół Adwentystów Dnia Siódmego
w Rzeczypospolitej Polskiej. Wszystkie prawa zastrzeżone. Design © 2004-2010 Nadzieja.pl Sp. z o.o. |